Z kobietą przez dzieje, czyli traktaty o „urodzie” cz. II
April 1, 2009– (…) Co? Ładna jestem? – Ochrypłym głosem głośno krzyknęła Małgorzata.
–Jakże to tak? – Szepnęła cofając się Natasza. – Jak pani to robi Małgorzato Nikołajewna?
–To krem, krem, krem! – Odpowiedziała Małgorzata wskazując błyszczące złote pudełeczko…
(Fragment Mistrza i Małgorzaty M. Bułhakowa w tłumaczeniu I. Lewandowskiej i W. Dąbrowskiego).
Krem użyty przez Małgorzatę był kremem cudownym, sprawił, że z trzydziestoletniej kobiety przeistoczyła się w dwudziestolatkę. Niestety, nie wszystkie kobiety miały tyle szczęścia, co bohaterka powieści Bułhakowa. Zdecydowana większość szukając sposobu na udoskonalenie własnej urody decydowała się na używanie kremów, które nie tylko nie pomagały, ale z czasem doprowadzały do jej utraty, a także narażały życie. Zatem posłuchajcie:
Traktat 2: Rzecz o malowaniu twarzy.
Kosmetyki do makijażu uzyskały popularność u schyłku średniowiecza, w momencie kiedy upowszechniły się lustra. Zafascynowane tym wynalazkiem kobiety mogły przyjrzeć się dokładnie swojej cerze i poznać jej mankamenty. Za najgroźniejsze uważało się wówczas: piegi, różnego rodzaju znamiona oraz przebarwienia. Jednak pierwsze kremy mogły raczej uchodzić za eliksiry piękności niż kosmetyki i były mało groźne. Izabela Bawarska, królowa Francji, dla poprawy swojej cery po kąpieli w oślim mleku zwykła nakładać na twarz maseczkę o składzie dość odrażającym dla większości współczesnych kobiet. Składały się na nią następujące substancje: móżdżek wieprzowy i krokodyle migdały utarte z krwią wilka.
Jednak to wiek XVI miał bardzo istotną rolę dla rozwoju wszelkiego rodzaju „kosmetyków i kremów”. W elżbietańskiej Anglii z desek teatrów Hamlet mówił o malowaniu twarzy na cal grubo. Jeśli w tym stwierdzeniu była przesada, to jedynie jej odrobina. Makijaż w tamtych czasach musiał pokryć bardzo wiele niedostatków. Blada, często kredowobiała twarz modnych kobiet epoki miała nie tylko tuszować spustoszenia poczynione przez czas, ale ukrywała dzioby po ospie i ślady innych infekcji skórnych.
Potentatem, jeśli chodzi o produkcję kremów, była wówczas Wenecja. Tworzone tam bielidło weneckie (rodzaj płynnego pudru) cieszyło się opinią najlepszego na świecie i utrzymało palmę pierwszeństwa aż do XIX stulecia. Używanie go uchodziło wśród modnych dam za szczyt wykwintu, jednak po przebadaniu jego składu powinno być uważane za szczyt głupoty. Wytwarzano je z silnie trującej bieli ołowianej. Substancję tą organizm wchłaniał poprzez pory w skórze. Powołano nawet wówczas coś na kształt stowarzyszenia naukowego, którego zadaniem było testowanie nowych odmian kosmetyków i ich przydatności w poprawianiu urody.
Co ciekawe, większość mężczyzn uważała, że bielidło wynalazł sam diabeł, by kobiety uczynić „wstrętną, plugawą i odrażającą”. Niepoślednie miejsce w walce z używaniem bielidła weneckiego miał Kościół, który piętnował próżność kobiet. Również lekarze zajęli stanowisko w sprawie kosmetyków twierdząc, że blansz niszczy kobiety i sprawia, że starzeją się przedwcześnie. Protestowali oczywiście nie szarlatani, a lekarze z prawdziwego zdarzenia. Jeden z nich dowodził, że używanie bieli ołowiowej i sublimatu jako barwników kosmetycznych może doprowadzić przez odkładanie się w organizmie do zatrucia płodu. Z kolei szesnastowieczny mnich twierdził, że kobiety malują dekolty i twarze z zapałem tynkarzy tynkujących ściany, nie zdając sobie sprawy, że te praktyki niszczą ich skórę, zęby i zdrowie, doprowadzając do przedwczesnej starości i bardzo często śmierci. Wszystko to były głosy wołających na puszczy.
Kobiety goniąc za najnowszymi krzykami mody nie zważały na nic. Część z nich po używaniu kolejnych cudownych środków zmieniało kolory od żółtego, przez ciemnozielone i sine aż do koloru purpury. Co więcej, u większości od gromadzących się w ciele toksyn powodowało gnicie zębów, co sprawiało upiorne wrażenie zarówno pod względem estetycznym, jak również w kwestii przebywania w ich towarzystwie, ponieważ ich oddech był nie do wytrzymania. Po kilku latach używania kosmetyków z młodych kobiet stawały się bezzębnymi starowinkami. Główną propagatorką ulepszania urody w elżbietańskiej Anglii była bez wątpienia sama królowa Elżbieta, która doprowadziła się do wyglądu wysmaganego przez wichry i osmalonego w bojach galionu okrętu wojennego.
Jedno jest pewne: większość używanych wówczas kosmetyków, jeśli nie była neutralna, powodowała ogromne spustoszenie w urodzie i zdrowiu kobiet. Niestety, również w naszych czasach kobiety mimo zdecydowanych głosów protestu są w stanie narażać swoje zdrowie i urodę na szwank w pogoni za wyimaginowanym pięknem. Drogie panie! Musicie pamiętać, że my mężczyźni często wolimy wasze naturalne piękno, które często wzorem dam sprzed wieków ukrywacie za maską kosmetyków. Idźcie raczej drogą Francuzki Diany de Poitiers – pięknej kobiety, która według przekazów do utrzymania urody używała wyłącznie deszczówki – niż królowej Elżbiety.
Źródło:
G. Regan., Historyczne Błędy Skandale i Ciekawostki, Warszawa 2005.
Autor: Bartosz Pasela