Jak oblegano twierdze

March 30, 2009

Średniowieczni władcy i wielmożowie z wielką ochotą zamykali się w masywnych murach twierdz, które umyślnie wznosili na wysokich górach, przy brzegach rzek lub mórz, słowem - w jak najbardziej niedostępnych miejscach. A wszystko po to, żeby w razie inwazji przeciwnik miał jak najtwardszy orzech do zgryzienia.

W centrum twierdzy znajdowała się wieża, do pewnego czasu główny punkt obrony i ostatni bastion mieszkańców zamku. Basztę otaczał dziedziniec wewnętrzny i mury, naokoło których rozpościerał się drugi dziedziniec – zewnętrzny oraz zewnętrzne mury z blankami. Często wokół murów kopano fosę, wykopywano wilcze doły bądź smolne rowy.

Do XIV w. obrońcom w większości przypadków udawało się wyjść cało z najazdu, ponieważ dopiero w tym okresie wynaleziono proch strzelniczy, dzięki któremu mury pękały jak szkło. Jednak lata przed tym epokowym wynalazkiem atakujący musieli sporo się namęczyć. Najlepszym sposobem było oczekiwanie, ponieważ prędzej czy później obrońcom kończyły się zapasy żywności, jednak najczęściej nie posiadano aż tyle czasu, by czekać pod murami, aż wszyscy na zamku wymrą. Do obrony dobrze zabezpieczonej twierdzy wystarczała garstka ludzi, więc jeżeli posiadali na zamku studnię i pożywienie, mogli bronić się miesiącami. Z reguły przeciwnik tyle nie wytrzymywał, ponieważ zgromadzoną armię trzeba było karmić, a jeśli w jej skład wchodzili najemnicy – także im płacić. Pozostawało jedyne wyjście: atak, otwarcie i odważnie bądź nieco tchórzowsko – podstępem.

Z uwagi na to, że wróg najczęściej atakował wejścia, były one obsadzone największą ilością obrońców i dodatkowo umacniane. Przy głównej bramie budowano barbakan (wąskie przejście), instalowano masywną kratę, którą można było spuszczać oraz most zwodzony w przypadku zamków otoczonych fosą. Na blankach murów stali łucznicy, kusznicy oraz inni żołnierze, w tym lekkozbrojni czekający na odparcie bezpośredniego ataku lub ludzie wylewający na nieprzyjaciół kotły gorącej smoły lub oleju. Na wieżach często montowano balisty lub mangonele, żeby razić wroga potężnymi strzałami i gradem kamieni. Często też używano małych piecyków do podpalania strzał – wystarczyła iskra, by zapłonęły smolne rowy wokół zamku. Często do murów doczepiano drewniane parkany – rodzaj zadaszonych podestów, skąd na głowę wroga zrzucano na przykład kamienie.

Atakującym również nie brakowało arsenału: łucznicy i kusznicy ostrzeliwali stojących na murach obrońców, łuki były lżejsze i szybsze, natomiast kusze naciągano mechanicznie, więc strzelały one z mniejszą prędkością, ale za to z większą siłą. Bardzo pomocne były różnorakie machiny oblężnicze. Najbardziej popularne, ruchome katapulty wyrzucały w kierunku zamku kamienie kruszące mury, często też ciała martwych ludzi i zwierząt, by wywołać zarazę lub płonące pociski. Do zapalania ich używano siarki, później pojawił się bardzo skuteczny ogień grecki, substancja o nieznanym składzie, odporna na próby gaszenia wodą. Używano też balist – wielkich kusz oraz trebuszy, które w przeciwieństwie do katapult były nieruchome, służyły do ciskania cięższych kamieni, ale z nieco mniejszą precyzją. Bramy lub mury rozbijano taranami i świdrami.

Atakujący przedostawali się do zamku pod osłoną „żółwi” – ruchomych zadaszeń, drabin oraz wież oblężniczych, wyposażonych w koła. Jeżeli zamek otaczała fosa, zasypywano ją, a jeżeli nie – jeszcze łatwiej przychodziło napastnikom naruszenie murów za pomocą tuneli podpieranych drewnianymi balami. Podkopywano wieże, bramy i mury, a następnie podpalano umocnienia, co osłabiało fundamenty i doprowadzało do zawalenia się podkopanych fragmentów twierdzy. Czasami wykorzystywano materiały wybuchowe, np. proch służący do wyrabiania „petard” – proch wsypywano w żelazne naczynia, zapalano i wyrzucano w kierunku wrogiego zamku.

Wiele twierdz zostało zdobytych, a ich upadek swoją śmiercią okupiły rzesze obrońców. Równie wiele wytrzymało najazdy, brawurowo odpierając ataki. Można powiedzieć, że w niektórych przypadkach dużo zależało od szczęścia, podstęp mógł się udać lub nie. Jeszcze więcej od skuteczności używanej broni – pierwsze petardy często raniły rzucających, prymitywne działa i armaty, które powoli zaczęły wypierać katapulty, równie dobrze mogły „uszkodzić” osoby je obsługujące. Do tego jeżeli napastnicy próbowali wygubić obrońców za pomocą przerzucanych przez mury zwłok, bywało, że i jednych, i drugich dziesiątkowała zaraza. Żeby zdobyć średniowieczną twierdzę, należało więc mieć trochę szczęścia i dużo cierpliwości. Żeby ją obronić – przede wszystkim broń, zapasy żywności i wody.

Źródło:
Jak to jest?, Przegląd Reader’s Digest, Warszawa 1998.

Autor: Anna Łabudzińska